był spiritus movens w trakcie pokazu polskich filmów w pierwszej edycji Festiwalu "Oczu i Obiektywów". Wygłaszał wstępy, komentarze, podsumowania do niemal wszystkich filmów polskich, nakręconych w znacznym stopniu przez siebie, znajomych i kolegów. Ta wszechobecność Piotra w żaden sposób nie przytłaczała dzieł, była raczej ich tłem i dopełnieniem, sprawiała, że nabierały one dodatkowego wymiaru. Piotr nie miał w sobie nic z showmana, to nie On świecił, dodawał raczej blasku ukazywanej rzeczywistości. Był też w najlepszym tego słowa znaczeniu gawędziarzem, człowiekiem, którego słowa współkreowały rzeczywistość. Dzielił się swoją bogatą wiedzą o rzeczach, technologiach, wygłaszał też drobne komentarze filmologiczne. Dzień poświęcony filmowi polskiemu zaczął od zwięzłego zarysu historii rodzenia się zainteresowania filmem w warszawskim środowisku etnograficznym. Powiedział wówczas m.in.: "Pomijając incydenty przedwojenne w ośrodku warszawskim rzecz się miała tak: pewien młody etnograf, nazwiskiem Jacek Olędzki, z racji swoich zainteresowań, uzdolnień i talentów nie dość, że zaczął fotografować, to jeszcze zaczął robić filmy, korzystając z rozmaitych możliwości szkolenia się, a przynajmniej podszkolenia na tyle, żeby kamery się już nie bać. Pracował na doskonałym sprzęcie, sprawdzonym zresztą w czasie drugiej wojny światowej, 16 mm kamerze Bolex, zdobytej Bóg raczy wiedzieć gdzie przez profesora Witolda Dynowskiego (ówczesnego szefa Katedry Etnologii UW). I tym to sprzętem pan Jacek Olędzki zaczął robić krótkie filmy, czarno-białe 16 mm, podejmując interesujące go tematy. W jego filmografii, która liczy co najmniej kilkanaście rozmaitej skali rejestracji i filmów, większość, przynajmniej pierwsze prawie bez wyjątku były wyróżniane nagrodami na rozmaitych konkursach filmu amatorskiego i dokumentalnego. Jacek Olędzki był tym człowiekiem, który zainfekował, niewielką co prawda, grupę obiboków, pośród których wymienię: profesora Lecha Mroza, Krzysztofa Chojnackiego, Piotra Szackiego (...) złożyło się, że tych trzech obiboków po licznych przygodach trafiło do warszawskiego muzeum etnograficznego, tam przypadkiem natrafiło na ukrytą zręcznie kamerę 16 mm i dla zabicia czasu podjęło działalność dokumentacyjną..."






Piotr całe życie pracował w muzeum etnograficznym. Zajmował się przede wszystkim rzemiosłami ludowymi i tzw. działem gospodarstwa podstawowego, choć jego wiedza obejmowała praktycznie wszystkie zagadnienia związane z kulturą chłopską i tradycyjnymi technologiami, rzeczami w całym kompleksie ich funkcjonowania. Swoimi fascynacjami wybiegał jednak również dalej. Był np. jednym z niewielu specjalistów od bursztynu (film - Wiktor Deptuła: bursztyniarz), także sycylijskiego. Zawsze też, w mniejszym lub większym wymiarze nauczył, m.in. spraw związanych z filmem etnograficznym w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW. Zrobił (lub też z jego udziałem powstało) około dwudziestu filmów etnograficznych. Czasem skromnych. Skromna, nie roszcząca pretensji była też nazwa, której najczęściej wobec swojej twórczości używał: zapisy filmowe. Owe zapisy dotyczą przede wszystkim tradycyjnych, wychodzących z użycia technologii. I choć filmy nie zawsze są już dzisiaj najlepszej jakości: szwankuje dźwięk, czasem obraz, to jednak na stosunkowo rzadkich pokazach budziły one silne zainteresowanie, nie tylko wśród studentów. To sprawiło, że użyłem kiedyś wobec filmów Jego i Jacka Olędzkiego słowa "kultowe". Czy pozbawione Jego budującego komentarza filmy owe zachowają cały swój blask? Zobaczymy. Środowisko ludzi zajmujących się (dawniej i dziś) filmem etnograficznym w Polsce jest raczej skromne, choć dokonania bywały ciekawe. Wraz z odejściem Piotra Szackiego i Jacka Olędzkiego straciło zbyt wiele.

Sławomir Sikora

* Fotografie pochodzą ze zbiorów Państwowego Muzeum Etnograficznego

w górę strony